Nieokreślony dyskomfort – cz.3 umysł

Po ośmiu latach za granicą mogę stwierdzić, że dobrze mi się wiedzie w porównaniu do warunków z Polski. Czas pokazał, że “nie samym chlebem człowiek żyje”. Po ogarnięciu podstawowych potrzeb fizycznych, umysł dał o sobie znak.

Jest gdzie spać, jest co jeść. Jest źródełko mamony, które pozwala na troszkę więcej. Po odnalezieniu się w nowym środowisku i względnej stabilizacji, pojawiło się pytanie co mogę zrobić by urozmaicić sobie codzienność. Przez to, że dużo przemieszczałem się autobusami każdego dnia, było dużo czasu do zagospodarowania. Początkowo podziwiałem/poznawałem nowe miasto za szyby. Później zacząłem słuchać muzyki różnej maści dla różnorodności. Gdy się znudziło, zacząłem sprowadzać książki z Polski do poczytania. Mam teraz sporą kolekcję w prywatnej biblioteczce. Gdy otrzymałem samochód służbowy, zostały tylko audiobooki do wykorzystania. W jakimś tam stopniu rozwijałem się dojeżdżając do pracy. Miałem taką wewnętrzną potrzebę by coś zrobić z sobą w tym czasie.

Za młodu nie miałem za dużo wyjść do kina. Różne powody. Mijały kolejne premiery a mi rosła lista do obejrzenia. Później i tego zaprzestałem. Z braku takiej rozrywki była jakaś wewnętrzna pustka. Postanowiłem zapełnić ten ubytek. Gdy pojawiło się na ekranie coś ciekawego dla mojego oka to już sobie nie odmawiałem. Mam czas, środki i potrzebę, więc chodziłem na seanse. Mówią, że w dobie internetu można wszystko znaleźć online. Jednak dla mnie taki sposób oglądania nie zapewnia tego samego poziomu odbioru. Nie wczuwam się w treść. Wolę salę. Ale jeżeli nie mam wyboru, to przez laptop na telewizorze urządzam seans.

Jedną z wielu rzeczy, dla których nie ma dla mnie zamiennika to rozmowa w ojczystym języku z żywą osobą i przebywanie w “swojskiej” atmosferze. Każdy naród ma inne wartości, inny stan umysłu, inne odruchy. Będąc za granicą jest się siłą rzeczy w tej inności cały czas. Przez dłuższy czas jakoś mnie to za specjalnie nie dotykało. Taki jest klimat. Dopiero jak zacząłem dostrzegać szczegóły w całym obrazie, rozpoczęły się zgrzyty. Z czasem zaczęły ścierać się wewnętrzne wartości z tymi nowo napotkanymi. Niekoniecznie były one ze sobą zgodne. Przybrało to formę obrony tożsamości. Przy spotkaniach z polskimi ziomkami nie było czegoś takiego. Czułem się dobrze, czułem się rozumiany. Mimo różnic w paru tematach, rdzeń nadal pozostawał wspólny. Takie spotkania nabrały dużej wartości. Szczególnie cenne są pikniki czy spotkania polonijne przy piwie. Zapomina się wtedy o szarym świecie. 

Pielęgnacja wewnętrznego JA jest również ważna jak dbanie o ciało. Przy stagnacji czuję, że cofam się w rozwoju. Mam szczęście, że dostrzegam na czas sygnały, że coś nie jest w porządku w danej mierze. Obyście i wy byli czujni.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *